Jeśli ktoś sobie coś życzy, proszę niech napisze  maila na krzakjoanna@gmail.com. :)
wszystkie rzeczy są w naprawdę b.dobrym stanie.
Po prostu tylko używane, zupełnie nie zniszczone.

r92 -6zł
 bluza dresowa- r 92 8zł
Zaplanowane zostało kolejne spotkanie.
Jednak znacznie milej się rozmawia siedząc obok siebie.
Tym razem spotkanie będzie 2 października (czwartek) o 19.00 w Korek Resto Bar.
Narodziła się nowa świecka tradycja, żeby przynieść rzeczy, które się samodzielnie uszyło lub zaopatrzyć się w listę problemów szyciowych jakie chcemy wspólnie rozwiązać. :)

Mam nadzieje, że uda nam się spotkać w naprawdę licznym gronie!!!!
Ania zdecydowanie jest fanem leginsów. Są wygodne, łatwo się wkłada i zdecydowanie mogą być kolorowe.
Te są uszyte z cienkiej dzianiny...może nawet trochę za cienkiej jak na leginsy....ale trudno.
Na pupie jedna kieszonka z bawełny w czarno-białe paseczki, tak żeby szybciutko się dało określić gdzie jest przód, a gdzie tył.
 
 
 
 
 
 
 


W czasie przerwy w zajęciach Ania się posila, a przekąskę i wodę trzyma sobie w nerce :) .
A że to dzianina, ścianki nerki podklejone są sztywnikiem, żeby fason był zachowany :).

 


Dziś jedzenie trochę wcześniej niż w środku nocy Wam pokażę.
Bardziej obiadowo.

1/3 szklanki białego wytrawnego wina , 1/3 szklanki soku z pomarańczy i 2,5 łyżki sosu sojowego wlewamy do brytfanny i umieszczamy w nim mięso. Ja dałam kaczkę i kurczaka. Odstawić na ok 4 godziny w chłodne miejsce.

Pomarańcze - ok 3 - obrać i podzielić na cząstki.

1/2 szklanki czerwonej papryki pokrojonej w paski, 1/2 szklanki czerwonej cebuli pokrojonej w cienkie paski, 2,5 łyżki świeżo posiekanego imbiru, 2 łyżki startej skórki pomarańczy.

Cały ten zestaw wkładamy do brytfanny z mięsem i do pieca. Pieczemy do miękkości.

Potem posypujemy uprażonym sezamem, już na talerzu. :) Ja podałam z ryżem.








Tort upieczony na podstawie tego przepisu.
Ostatnio gdy muszę coś upiec.....muszę jak muszę ;) ....zerkam na ten blog, zawsze znajdę coś co akurat mi pasuje. Na niedzielę chyba będzie sernik z musem dyniowym. Dynię uwielbiam ...to już chyba wiecie.
Jakby zamieszkać musiała na bezludnej wyspie, uprawiałabym dynię i kapustę....byłabym szczęśliwa. :)

Jedyną zmianą jaką wprowadziłam było dodanie między blaty ciasta musu truskawkowego.
Chciałam zrobić takie kremowe ozdóbki na wierzchu, ale okazało się, że moja mama nie ma w domu takiej wyciskarki do kremu....naprawdę nie wiem jak bez niej można żyć!!!!! ....no więc zamroziłam trochę krem malinowy i potem taki lekko zmrożony pokroiłam na takie dosyć przypadkowe kawałki. Trudno. Z rozpaczy poszłam do ogrodu po malwy. :)





Nie mam nic przeciwko robieniu prania. Zdecydowanie pomaga mi  w tym pralka.
Ale szczerze Wam powiem, że już nudzi mi się prać 4 razy w tygodniu :(.
Serio. Strasznie mi to ostatnio się nudzi, szczególnie, że jednak pogoda już nie z tych, że pranie na balkonie schnie w dwie godziny.
Dlatego podoba mi się opcja - jeden dzień , jedna para spodni.
Żeby rachunek się zgadzał uszyłam jeszcze spodnie Wojtkowi, a że do przedszkola, to nie ma jak wygodny dres.

 Dość ordynarnie przyszyta aplikacja. Jakieś resztki dresówki.
 Nogawki wykończone ściągaczem, w pasie guma też w tunelu ze ściągacza.

Są takie sukienki, które zdecydowanie wpadają mi w oko i chcę je mieć.
Ta sukienka na pewno do nich należy.
Sukienka pochodzi z magazynu Burda 9/2014.
Uszyłam ją z elastycznej bawełny z satynowym połyskiem.
Myślę, że suszę się na jeszcze jedną bez tej wstawki z przodu, tylko będzie gładko.


W temacie szarości powstały jeszcze trzy spódnice, dla mojej znajomej. Jest nauczycielką i do pracy poprosiła o spódnice, wygodne, proste i właśnie z tych materiałów, z szafy jej cioci.
Szyte są z podszewką, , każdy szew podszewki jest dodatkowo przestębnowany, bo nie znoszę jak podszewka się rozłazi na szwach, a przy chodzeniu w takich spódnicach czasem o to łatwo.
Ponieważ spódnice są za kolanko, z tyłu jest rozcięcie, tak żeby nie było trudno w niej hulać. 









 Tu mi się zaprasowało z przodu....:(

Fakt, że do południa pracuje sama w domu, napawał mnie wielkim optymizmem. Po dwóch tygodniach uczęszczania moich dzieci do przedszkola i szkoły jestem wypruta do granic możliwości. Już pomijam , że mój portfel jest wypruty. Ale generalnie prowadzenie własnej firmy i próba ogarnięcia wszystkiego w 4h jest naprawdę miażdżąca....choć myślę, że za kolejne dwa tygodnie tak się ogarnę i zorganizuję, że będzie hulać :). Jak wiadomo najtrudniejszy pierwszy krok.
Żeby jeszcze nie było za fajnie, to Matias potrzebował białą koszulkę do przedszkola.......straciłam 2h żeby znaleźć w jakimś sklepie zwykły biały podkoszulek. ......no cholera mnie wzięła i powiedziałam sobie hola, hola i basta i takiego.....
Koszulka była na dziś. Wczoraj zaliczałam sklepy z nadzieją. Więc wygrzebałam jakąś moją bluzkę z otchłani szafy, bo nie miałam na składzie tkanin nic białego :(, a pójście do hurtowni równałoby się też z wypruciem konta ...choć w sumie ostatnio naprawdę kupuję tylko co mi trzeba...może dlatego, że firma robi swoje i nie ma czasu na pierdolety.

A że bluzka leży chyba już z 3 lata i nic innego nie czyni, to mi szkoda nie było. Za duża o dwa rozmiary, więc tym bardziej nie planuje już w niej chodzić.
Zachowałam podwinięcie dołu - żeby jednak szycie trwało pół godziny, a nie jak łażenie po sklepach dwie. Przyłożyłam koszulkę Mateusza to mojej bluzki, odrysowałam tak żeby nie było rękawów wszywanych, a tylko przedłużone nietoperzowe. Zszyłam na coverze w sumie 4 szwy, boki i ramiona. Brzegi rękawków obrzuciłam ściegiem elastycznym , a potem na maszynie zwykłej podwinęłam ściegiem elastycznym. Dekolt, żeby nie trzeba było zmieniać ściegu na coverze na drabinke, wykończyłam pliską. Żeby było śmieszniej, moja bluzka była z golfem, którego obwód idealnie pasował do obwodu dekoltu koszulki - no cuda. :) Także szycie koszulki serio zajęło pół godziny - a teraz kto mi odda te dwie godziny ???? No dobra w sumie dwie godziny biegałam, więc jakoś to przeżyję :D .

Czasem sobie myślę, że moi sąsiedzi mają mnie za wariatkę, bo jak idę gdzieś sama to biegnę. Bo nie mam czasu na bieganie takie dla biegania, to biegam jak mogę. Kiedyś biegałam 10km dziennie, tak przed siebie. Myślę, że teraz też :), jak nie więcej, tylko w inny sposób, z zakupami, dziećmi, do sklepu, ze sklepu..itd itp.

 No i koszulka się łapie na TSD.





hmmm no co tu kryć. Wojtek ma dziadka.
Nie mogłoby być inaczej.
Dziadek miał super spodnie, ale w nich nie chadzał, bo mu nie pasowały z pewnych względów.
Ja jako jego córka miałam do nich dostęp i je podwędziłam i przerobiłam na spodnie dla Wojtka.
Krótkie już dawno były w użyciu, a długie pod wpływem TSD skończyłam teraz.

Krótkie mają kieszenie w karczkach biodrowych i na pupie żywcem wycięte z oryginalnych spodni. A długie mają oryginalne wykończenia dołu. Tak sobie sprytnie wycięłam.

Dodatki są z jakiś resztek zalegających w szafie.


Taka niespodzianka. :)
Po milionie spodni dla Wojtka, pewnie nie spodziewaliście się kolejnej pary :D.
Ale nic się nie martwcie, jeszcze nie jedna para przed nami. :)
A jaki dres się skroił....aaaa sama bym taki chciała....ale jeszcze gumka przede mną do wszycia.

A póki co spodnie totalnie z resztek.
Czarny sztruks z otchłani szafy zdecydowanie się tu przydał. Bo elastyczny czarny jeans był w takim metrażu, że już ciężko było z niego wyciąć całe spodnie. Z tego materiału, niespełna z 2m, bo tutaj jest reszta owych 2m, powstały już moje spodnie i spodenki dla Wojtka.

Te spodnie mają trochę stębnówek i napis SMILE, na pupie kieszonka jeszcze z resztek sztruksu i jakieś tam esyfloresy ze stębnówki.
W pasie guma wszyta na amen.
Może nie jest to najwygodniejsza metoda do modyfikacji obwodu gumy, ale zanim będzie mieć za wąsko w pasie na pewno będą spodnie już za krótkie. Także ten tego, no tak sobie wszyłam.

 
 
 
 
 


Spodnie uszyte w ramach Tygodnia Szycia Dzieciom. :)