Zawodowo w styczniu mam zdecydowanie więcej luzu, dlatego w końcu zdecydowałam się uszyć sobie plecak ze skóry. Nigdy takiego nie miałam, choć w sumie marzyłam o takim, ale po pierwsze ja nie koniecznie lubię wydawać na siebie zbyt dużo w jednej transzy, jeśli chodzi o dodatki tego typu. A jednak porządny skórzany plecak to naturalnie może być rząd 500 zł. Wcale się temu nie dziwię!!!!!
Skóra - już sama ona kosztuje wiele, a plecak potrzebuje jej dużo. Wbrew pozorom jest to bardzo chłonny produkt. Jeśli plecak ma mieć więcej kieszeni niż jedna komora i jedna kieszonka, po prostu czas jego szycia jest długi. Dlatego też często gęsto miałam plecaki z firm farmaceutycznych różnego sortu, ze względu na charakter pracy moich rodziców. Szczerze powiedziawszy nie pamiętam jakie inne plecaki miałam. O mamo! serio nie pamiętam. Będę dziś pół nocy próbowała sobie przypomnieć.
Pomyślałam sobie, że jak już będę szyć to taki, który będzie przemyślany i bardzo dopasowany do moich potrzeb. Żeby nie było łatwo koncepcja zmieniała mi się jakieś 15 razy. Finalnie mam taki.
Gabaryty ma takie 45 cm x 30 cm x 13 cm.

Na przedniej ścianie są dwie kieszenie zamykane na zamek, w każdej jest jeszcze jedna kieszonka zamykana na zamek.



Tylna ściana to skóra przepikowana razem z 4 cm gąbki.


 Wszyta biza ładnie trzyma formę plecaka.


Na bocznych ściankach są małe kieszonki.




Główna komora zamykana jest na zamek, a w przedniej części komory jest dodatkowa płaska duża kieszeń - ten zamek zaraz przy bizie i przedniej ścianie.




Dolna część plecaka jest wykonana z czarnej skory z fakturą. Reszta to gładka, czarna skóra.


A teraz najlepsze. Skórę kupiłam w lumpeksie w postaci kurtki i spodni. Gładka skóra jest z kurtki , a skóra z fakturą była spodniami. Generalnie obie te rzeczy wyglądały jak nie używane. Nawet podszewki wyglądały jak nówki. Za obie te rzeczy zapłaciłam 8zł!!!!! Zamek chyba więcej mnie kosztował!!!!
W tym miejscu pragnę podziękować Eli, która to urządziła mi kurs zakupów w lumpeksach.
Także ten tego.


Po sukcesie zestawu podróżnego, poważnie używam go przy okazji każdego wyjazdu i sprawdza się doskonale, uszyłam jeszcze jedną mniejszą torbę, ponieważ ma ona pojemność idealną na wyjazd trwający 2-3 dni. Szczerze polecam!
Uszyłam ją z czarnej kodury, a wewnątrz wykończona jest czarnym wigofilem . Materiał ten choć nie jest jakoś tam cudowny wizualnie, doskonale trzyma fason. Torba dzięki niemu jest dosyć sztywna, ale można ją też złożyć i schować w szafie.
Dodatkowo wszyłam bizę dzięki temu torba ładnie się układa i wygodnie się do niej wkłada i z niej wyciąga.
A na przedniej ścianie wyhaftowałam taki oto ornament. Połączenie złotej, srebrnej i fioletowej nici.





Niewątpliwie jest zima i niewątpliwie Wojtek kurtkę ma, ale jakoś tak mi się wydaje za cienka i zbyt mało przystosowana do trybu życia Wojtka, czyli jest kurtką skonstruowaną z przodu, tyłu, zamka i kaptura. Wojtek jest personą, która ze zwykłego spaceru wyciska tak dużo jak to możliwe i wcale nie czuje potrzeby do ograniczania się do bezpiecznych zachowań. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że będzie jechał na nartach należy przygotować się na więcej niż się da :) . Wojtek w moim mniemanu po prostu jest niesamowity do granic możliwości.
Dlatego uszłam mu kurtkę, która jakoś tam będzie mogła sprostać swojej powinności i chronić będzie Wojtka przed chłodem, orkanami, zamieciami i innymi atmosferycznymi atrakcjami.
Kurtka uszyta jest z tego co znalazłam w szafie.
Pikówek mam pod dostatkiem, tego nie ukryję ;) . Ta jest szarą, gładką , grubą pikówką.
Podszewkę stanowi pikowana podszewka taka najzwyklejsza, ale jest ona ukryta pod dodatkową warstwą bawełny we wzór moro. Ta bawełna miała być dresówką na bluzę dla Wojtka, ale pomyliło mi się przy składaniu zamówienia i kupiłam zwykłą bawełnę. Trochę mnie szlak trafił, bo zupełnie nie wiedziałam co z nią zrobić, ale uparłam się , że ją kiedyś dobrze spożytkuję i bardzo zależało mi na tym żeby szybko to uczynić i w sumie się udało bo miesiąc z hakiem czekała tylko na swój czas.
Rękawy to pomarańczowa pikówka z ociepliną, bo nie starczyło mi na rękawy tej podszewki pikowanej która jest na korpusie. Totalne wykorzystanie resztek.

Kurtka ma wszsyte taśmy odblaskowe w kilku miejscach.
Z przodu są dwie duże kieszenie zamykane na klapkę. Oraz jedna mniejsza.
Karczek i kaptur dodatkowo przepikowałam pomarańczową grubą nicią. W połowie tej pracy bardzo mi się odechciało i postanowiłam zostawić kaptur bez tego stębnowania. Ale jak już doszyłam kaptur i było prawie wszystko na finiszu postanowiłam jednak przejechać też kaptur na pomarańczowo. Zaczęłam wtedy żałować, że jednak przed zszyciem tego nie zrobiłam......ech. Ale w końcu się udało.



Zamek schowany jest pod listwą zapinaną na rzepy.


Dodatkowo wszyłam pas z ( resztki) podgumowanego materiału, żeby żaden śnieg mu na plecy nie wskoczył.
Pas zapinany jest na taśmę rzep.


Podczas gdy nie będzie zapięty ten pas, strona z haczykami rzepu mogłaby haczyć o ubranie, więc doszyłam drugą miękką część , żeby je ze sobą spiąć.





Kaptur wykończony jest taśmą odblaskową, ma dodatkowy daszek i osłonkę (hmmm nie wiem jak to nazwać) z wszytą gumką, żeby kaptur dobrze zabezpieczał głowę i nic nie odstawało. Ten daszek zgapiłam z jakiejś starej kurtki dzieci i uważam za genialny element!




Wewnątrz rękawa wszyty jest ściągacz żeby nic nie podwiewało.



Nie będę ukrywać, że bardzo lubię dawać własnoręcznie robione prezenty.
W momencie kiedy wszytko można kupić w sklepie i generalnie wszyscy już mają to co im trzeba, taki prezent wydaje mi się atrakcyjny wielce.

W tym roku mama, teściowa i siostra dobrej znajomej pod choinką znalazły takie oto torby.
Duża torba zawdzięcza swoją postać koleżance z kursu kaletniczego. Ona przyniosła wykrój z informacją, że szyje torbę dla mamy. Absolutnie zakochałam się w koncepcji tej torby, szablon sobie odrysowałam. Ale już w domu wycięłam elementy z zapasami(zupełnie bezmyślnie i tak odruchowo to zrobiłam) i dlatego też torba wyszła większa niż ta oryginalna koleżanki. Finalnie bardzo się cieszę, że odrysowałam z zapasami bo jak dla mnie torba ma idealną teraz wielkość. Jest duża, pojemna, ale bardzo zgrabna.

Mama ma taką wersję kolorystyczną.  Jest też mała saszetka i kluczówka.












Teściowa ma dokładnie taki sam model jednak w odcieniach złota i brązu połączonych z bordo.






Na koniec nerka. Uwielbiam ten model, jest bardzo pojemny i zgrabny.



 



Wpadła w moje ręce bardzo zniszczona torba.
Gdyby wiedziała, że była kupiona w lumpie za 15zł, a nie wygrzebana ze strychu, to bym się obśmiała z pytaniem na ustach : "Ojj ELA po co tego dziada kupiłaś! Szkoda pieniędzy! "
Ale dobrze, że długi czas myślałam, że to gdzieś ze strychu wygrzebane, a jak już powiedziałam ,że odnowię to odnowić trzeba było" Dobrze się stało, bo torba jest przecudowna!
Forma, kształt, skóra - miodzio.
Jedynym jej minusem był fatalny stan. Podszewka jak mega stara pidżama, skóra brudna, no okropnie.

Roboty było przy niej co niemiara, ale wiecie co ....w moim życiu żałuję bardzo niewielu rzeczy.....może z 5, ale największą jest rezygnacja ze studiowania konserwacji zabytków. Gdybym mogła cofnąć czas, skończyłabym te studia! Nie to , że płaczę po nocach teraz, jest dobrze. Fajnie, że jestem w tym miejscu jakim jestem.....ale wiem, że byłabym szczęśliwa też będąc konserwatorem malarstwa.

Tutaj miałam małą namiastkę . O mamuniu , jakże mi cudnie się to robiło. Miałam plan tak pół godzinki dziennie pracować nad renowacją tej torby, ale jak zaczęłam to po prostu nie mogłam odejść! Oj wiele godzin tutaj zostało, w tej torbie, ale to były serio cudne chwile. Takie dziubdzianie się to jednak wielka frajda.
Torba mniej więcej taka była. Nie zrobiłam zdjęcia przed, bo nie planowałam umieszczać wpisu na blogu, ale że stan torby okazał się tak beznadziejny, a same zmiany mocno niesamowite, to potem już robiłam zdjęcia.


Najpierw wyrwałam podszewkę, obrzydlistwo.

  

 
Po jej usunięciu objawił się jeszcze gorszy widok! Wióry połamanej tektury, która kiedyś była usztywnieniem, kurz , bród , sodoma i gomora.







 Tekturę wymieniłam.




Potem przemyłam całą torbę acetonowym rozpuszczalnikiem, żeby zmyć kurz, brudki , tłuszcz i inne syfy. Tak mniej więcej.

Odprułam kieszenie, bo podszewka w nich też nadawała się jedynie do spalenia na stosie.
Pomalowałam skórę renoskórem, wymieniłam podszewkę i zabawiłam się przy przyszywaniu ponownie kieszeni do korpusu torby. Skóra jest dość twarda, więc przyszycie tego było dość trudne, ale powciskałam , pociągnęłam, popchałam i się udało. Krok za kroczkiem.



Przyszła pora na podszewkę, odmierzyłam jakie miała mieć wymiary, wycięłam z bawełny, która miała być wedle życzenia Eli w środku i zszywałam. Uratowałam kieszonki wewnętrzne, które też pomalowałam na czekoladowy brąz. Wszelkie inne kieszonki zostały wymienione, a wewnątrz dodałam chyba jeszcze dwie nowe. Tak żeby był już pełen wypas.







Usztywniłam kieszonkę nową tekturką.




Podklapa też była z podszewki, ale tutaj już działałam ręcznie, bo nie kalkulowało mi się rozpruwać całej klapy, dlatego zostawiłam cieniutki paseczek starej podszewki , żeby to do niej doszyć nową, a nie przebijać się ręcznie przez skórę.



Potem przyszedł czas na pomalowanie kołnierza przy podszewce i zszycie części skórzanej z podszewką. Jedynym problemem było to, że jednak jak pruje się na skórze to zostają dziury po igle, ale trudno nie wyszło tak bardzo źle, jak prorokowałam przy tym kołnierzu.


Jeszcze dodatkowe dziurki na pasku.


Potem jeszcze domalowałam jakieś ewentualnie niedoróbki.
Koniec. Skoczyła się cudna zabawa z odnawianiem.